STREETART PILGRIM

Ponad 12 000 km drogami lądowymi, 8000 km liniami lotniczymi i około siedemset mil morskich, to bilans podróży, które odbył po Europie Piotr Janowczyk (Peter Jan) realizując murale, szablony oraz wielkoformatowe stickery. Poniższy artykuł to krótki opis projektów z lat 2010-2017, które doprowadziły do zorganizowania, w 2019 roku wyprawy w poszukiwaniu jaskini z malarstwem naskalnym za Kołem Podbiegnowym.



PETER JAN

W latach 2010-2017 zrealizował kilkadziesiąt prac w różnych częściach Europy. Były to pośpiesznie wycinane szablony w Dreźnie, spraye na śródziemnomorskich wyspach, wielkie stickery w Odessie i fasadowe akryle w centrum Pragi i Nicei. Oprócz kilku wielkoformatowych murali i malarskich cykli, wszystkie pozostałe powstawały nielegalnie, zaś wiedza o ich istnieniu była hermetyczna. Dostęp do niej miało tylko kilka osób z najbliższego otoczenia autora.

Prace miały charakter sezonowy (powstawały od lata do wczesnej jesieni), a wykorzystanie camperbusa jako środka transportu i miejsca noclegu sprzyjało realizacji prac w atmosferze wakacyjnej podróży przez kontynent. Stąd wzięła się pierwsza nazwa projektu „Streetart summer”. Wyjazdy miały charakter artystycznego tripu w klimacie vanlife, w czasie którego polowało się na najlepsze miejsca do realizacji prac. Tak powstały obrazy wykonane na odeskich Schodach Patiomkinowskich, w Parku Kampa niedaleko Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Pradze, na wrocławskiej Wyspie Słodowej i w opuszczonej bazie Amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Teufelsberg na przedmieściach Berlina. Lokalizacja miała znaczenie, jednak główną intencją nie była miejska guerilla, jak w przyadku pixadores.

Liczyło się pozostawienie w przestrzeni miasta, prywatnych emocji i doświadczeń w formie figuratywnych portetów. Odbywało się to bez kuratorów, pozwoleń i galerii. W sposób intuicyjny i instynktowny. Tak powstała większość obrazów zrealizowanych do 2017 roku. Ostatnią pracą, w tym charakterze był projekt wykonany zimą 2017/2018 roku w Nicei pt.: „LonelyNice”. Po niej projekt został zawieszony, zaś autor na dłuższy czas przerwał pracę twórczą.



ZNIKAJĄCE MURALE

W przypadku sztuki nielegalnej samo działanie, często jest ważniejsze od trwałości. Malowanie odbywa się w pośpiechu, na niezagruntowywanych podłożach i na obiektach, których stan nie zapewnia im trwałości. To tłumaczy, dlaczego większość z prac „Streetart Summer” już nie istnieje. Do dziś ocalało zaledwie kilka! Część znikała po kilku dniach, inne po kilku miesiącach. Najkrócej istniejącą pracą była ta z Odesy. Instalowana nielegalnie, w środku nocy na stopniach schodów patiomkinowskich, pod okiem miejskich kamer, została usunięta o świcie przez służby oczyszczania miasta. Na szczęście ocalało nagranie video. Podobnie było w Nicei, gdzie wykonana w centralnej części promenady nicejskiej sylwetka spadającego człowieka, zniknęła po kilku dniach zamalowana bez śladu.

Niektóre z murali znikały w bardzo widowiskowy sposób. Tak było w przypadku portretów malowanych na filarach mostu Łazienkowskiego na cyplu czerniakowskim w Warszawie. Istniejące tam od lipca 2009 roku, kilkumetrowej wysokości sylwetki: M. Brando, P. Fondy, J. Nicholsona, N. Cage'a i Z. Cybulskiego pod nazwą „Kino Most” spaliły się w czasie sławnego pożaru z 2015 roku, który naruszył konstrukcje mostu. W materiałach filmowych z tego wydarzenia widać języki ognia trawiące filary i znajdujące się na nich malowidła.

Jeden z największych portretów, który został namalowany w 2013 roku w ścisłym centrum Warszawy na Nowy Świecie 4, został w całości zasłonięty przez wybudowany pół roku później biurowiec. Niewielu przechodniów zdaje sobie sprawę, że za szklanym budynkiem obok ronda de Gaulle'a, pod adresem Nowy Świat 2.0 znajduje się ukryta już na zawsze, gigantyczna ludzka podobizna. Również szkic do tej pracy naniesiony na mur UKSW został wyburzony kilka lat później! Po całym tej realizacji nie został więc już żaden ślad.


Konferencja TEDx w 2017 roku,
w czasie której został opisany
plan dotarcia do jaskini.

Dlatego tak ważne są te realizacje, które ocalały. Tak jest w przypadku cyklu, prawie trzydziestu portretów na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie. Te, mające ponad dwa metry wysokości wizerunki, zostały zrealizowane w ramach festiwalu z 2010 roku na arkuszach blachy cynkowanej i trwale wpisały się w miejską tkankę. Są tam wizerunki m.in.: Cz. Niemena, A. Osieckiej, M. Hłasko, K. K. Baczyńskiego i wiele innych. Portrety były inicjatywą oddolną i choć trudno w to uwierzyć zostały namalowane całkowicie za darmo! Inną, istniejącą realizacją, która jest trwale związana z miastem, są portrety w arkadach ul. Józefa 17 na krakowskim Kazimierzu z 2015 roku. Mało kto wie, że wizerunki Estery i króla Kazimierza, to portrety autorów tej realizacji.

Jednak lista bezpowrotnie utraconych prac z każdym rokiem staje się coraz dłuższa. Ich znikanie wiąże się zawsze z poczuciem straty. Były swego rodzaju dziennikiem podróży, komentarzem bieżącej sytuacji i śladem obecności. Pozostały po nich tylko wspomnienia, zdjęcia i fragmenty filmów.

CAMPERBUS FROM JAPAN

Większość tras odbywała się starym, japońskim camperbusem w wersji pełnodystansowej z mikro kuchenką, umywalką i łóżkiem w środku. Wyprodukowany w 1991 roku w zakładach Mitsubishi model L300 z zamontowanym podnoszonym dachem a la westfalia jest motoryzacyjną perełką. Został odkupiony za śmieszną sumę od młodych kolarzy, którzy sprowadzili go jako zaplecze rowerowych peletonów. W ramach projektu przejechał Europę środkową i wschodnią, wybrzeże Adriatyku i Skandynawię. Urocze, kanciaste auto, które nigdy nie zawiodło w drodze. Jedyna niemiła przygoda wydarzyła się w Pradze czeskiej gdzie włamano się kradnąc ze środka sprzęt i część bagaży. Pojazd zawsze budził duże zainteresowanie. Nawet teraz, często za wycieraczkę trafiają karteczki z zapisanym pośpiesznie nr telefonu i informacją „Kupię to auto!”.

To w nim odbyła się pierwsza wyprawa na Lofoty z 2014 roku, w czasie której udało się natrafić na informację o istnieniu jaskini z malarstwem prehistorycznym, ukrytej na końcu archipelagu. Wówczas, dotarcie do niej okazało się niemożliwe, ale zrodzona idea zakiełkowała i dała efekt po kilku latach. Mimo dystansu kilku tysięcy kilometrów pierwsza wyprawa na północ kontynentu odbyła się bezawaryjnie. Van idealnie mieścił się na platformach pełnomorskich promów i w podziemnych garażach. Służył jako środek transportu, jeżdżący dom na kółkach, źródło prądu, tymczasowa pracownia i dwumetrowej wysokości podest do malowania, stając się bohaterów wielu wydarzeń i przygód.

Raz, w małym miasteczku Svolvaer nad morzem norweskim zostały w nim zatrzaśnięte kluczyki. Stało się to późno w nocy i biorąc pod uwagę, że auto było miejscem noclegu, sytuacja wydawała się bardzo kłopotliwa. Do środka, udało się dostać dzięki umiejętnościom „podchmielonego” Norwega, który z papierosem w ustach, po około godzinie, za pomocą drutu odblokował zamknięte drzwi.

Metrykalnie auto zbliża się już do trzydziestki. Nadal jest na chodzie. Powoli jednak staje się zabytkowym eksponatem! Stare auta były jednak częścią tej historii. Droga do Odesy została pokonana innym staruszkiem - volkswagen kombi z 1984 roku. Było to auto przyjaciela, które cudem przejechało gigantyczny dystans po dziurawych, ukraińskich drogach na półwysep krymski (przed aneksją Krymu przez Rosję).

W tamtym czasie podróżowanie było prostsze. Jeśli nie autem, to każdym innym dostępnym środkiem transportu. Europa była otwarta jak książka, której strony przewracało się z łatwością. W rejony morza Śródziemnego i na wyspy docierało się za grosze tanimi liniami lotniczymi, zaś między fiordami Skandynawii można było swobodnie przemieszczać się lokalnymi promami.

Obrazy na murach - ślady w jaskiniach

Zestawienie streetartu ze sztuką prehistoryczną, choć jest nadużywane, ma wiele słuszności. Do obu można zastosować podobne kryteria. Oba są przecież śladem nieskrępowanego aktu twórczego, wynikającego z podświadomego impulsu. Są twórczą emanacją ekspresji w miejscu niedostępnym, trudnym i ryzykownym.

W tej historii pozostawianie śladów jest istotnym elementem opowieści. Wielkie, portretowe murale, stawały się śladem obecności w danym miejscu. Rezonowały z nim. Wytwarzane pośpiesznie, za pomocą bieżących środków i narzędzi obrazy stawały się odpowiedzią na zastaną sytuację. Dystans pokonywany między jednym i drugim miastem oznaczany był na mapie, nie kilometrami, a punktami zrealizowanych prac. One stawały się wyznacznikiem satysfakcji. Były jak zmaterializowane wspomnienia z konkretnych miejsc. „Byłem tu!”, „Zrobiłem to!” mówiły kolejne prace. Zupełnie tak samo jak ślady dłoni prehistorycznych mieszkańców wyspy Borneo odrysowane na ścianach jaskini Gua Masri, czy ślady stóp sprzed tysięcy lat zachowane w utwardzonej glinie w jaskini Chauveta. Ślady, które były dowodem obecności, a stały się ponadczasowymi artefaktami!